środa, 9 sierpnia 2017

J.W. Dawid: O rzeczywistości duchowej

Fragment książki Jana Władysława Dawida pt. Ostatnie myśli i wyznania, Warszawa 1935, s. 66-67.

To, co wiemy, jest kroplą, czego nie wiemy - oceanem. Jeśli cokolwiek jest pewne, to to, że świat naszej obecnej wiedzy otoczony jest jakimś innym światem, o którego własnościach nic nie wiemy. Mamy w sobie potrzeby, które musimy zaspokoić. One są wyjściem dla odkryć i prawd naukowych. Potrzeba logiki, harmonii, przyczynowego związku w rzeczach prowadzi nas do ich wykrycia. Nasza wewnętrzna potrzeba wiary, że świat naturalny jest znakiem czegoś bardziej niż on duchowego i wiecznego, jest niemniej żywa i nakazująca u tych, którzy ją uczuwają, niż potrzeba przyczynowości, jaką uczuwają uczeni. Praca wielu pokoleń dowiodła, że ta druga potrzeba była prorocza, prawdziwa. Dlaczegóż i ta potrzeba zaświatowa nie miałaby się okazać prorocza? Skoro potrzeby nasze wyprzedzają naturalny porządek rzeczy, dlaczegóż i ta potrzeba nie mogłaby być znakiem, że istnieje porządek nadnaturalny? Czy odpowiada temu rzeczywistość? [...] Rzeczywistością jest dla nas to, że pewne przeżycia, odczucia, poznanie sprawdzają się przez szereg doświadczeń, że nic im nie zaprzecza. Dopóki to sprawdzenie nie dokona się, nie wiemy, czy rzeczywistość odpowiada naszym pojęciom. Wybiegamy naprzód i bierzemy coś, przyjmujemy na kredyt, na wiarę. Pojęcie przyczynowości porządku fizycznego sprawdziło się i sprawdza. Nie wiemy, czy pojęcie porząku moralnego, pozazmysłowego także się nie sprawdzi. Człowiek w stanie mistycznym otrzymuje ciągle, w miarę swojej potrzeby, dalsze doświadczenia, sprawdzania, nowe dowody: naprzeciw niego wychodzi świat pozazmysłowy. Dla niego więc jest to pewna rzeczywistość, stała, powtarzająca się, sprawdzana nieustannie - jest dla niego wiedzą, poznaniem.
Wiarą jest tylko dla tych, którzy poznania tego nie znają bezpośrednio, jak dla ślepego barwy, dopóki nie odzyska wzroku. Dla innych jest to wiara na podstawie cudzego świadectwa; wierzą np. że istnieje biegun północny lub zorza polarna.
Jan Władysław Dawid (1859-1914)
Po śmierci np. osoby kochanej możemy ją mieć tylko myśląc o niej jako o bycie duchowym. Istnienie tego bytu staje się dla nas sprawą naszego własnego bytu. Stąd wyrasta poczucie realności ducha. Byt duchowy jest warunkiem naszego życia: stąd w życiu tym otwierają się organy, siły, wrażliwości przysposobione do doświadczeń, postrzegania i uznawania duchowej rzeczywistości; siły i wrażliwości, normalnie nieczynne, utajone. Podobny proces zachodzi, gdy w ogóle w życiu usuwają się podstawy, zapada się ziemia pod stopami, człowiek musi stworzyć sobie rzeczywistość odmienną, musi nią być tylko to, co jest niezależne od materialnych warunków, a więc świat duchowy moralnych stosunków i prawd. Także budzi się żywa wrażliwość ta w chwili śmierci, która jest radykalnym unicestwieniem materialnych podstaw istnienia.
Potrzeba obcowania ze światem duchowym jest tak wielka, że mistyk zadomawia się w nim: między mnóstwem doczesnych rzeczy a tamtym światem zawiązuje nici wspólności. Świat tamten wchodzi w organiczny system jego doświadczeń codziennych, to utwierdza bardziej jeszcze jego wiarę. Mostem, łączącym dwa światy, zdaje się być miłość. Jest to miłość ziemska albo miłość nieugruntowana, która szuka sobie celu, oparcia. Jest to sama zasada miłości, która zdaje się być istotą obcowania duchowego.

O autorze
Jan Władysław Dawid (1859-1914), polski psycholog i pedagog. Po ukończeniu studiów prawniczych w Uniwersytecie Warszawskim, studiował psychologię w Niemczech u H. Ebbinghausa i W. Wundta, pod wpływem których po powrocie do Polski organizował i propagował eksperymentalne badania psychologiczne i pedagogiczne nad dziećmi. Pionier psychologii rozwojowej i pedagogiki doświadczalnej w Polsce. Interesował się mistycyzmem, intuicjonizmem i psychologicznymi aspektami doświadczenia religijnego. Przełożył na język polski dzieło Paula Gibiera pt. Spirytyzm: studium historyczno-krytyczne i doświadczalne. Po tragicznej śmierci żony w 1910 poświęcił się zgłębianiu rzeczywistości duchowej.

Zobacz też:

środa, 19 lipca 2017

Niesamowite pszczoły (duch w przyrodzie?), cz. 2.

Język pszczół (instynkt – pamięć - inteligencja)

Naukowcy dowiedli, że pszczoły zapamiętują odwiedzane miejsca, a nawet przekazują te dane swoim towarzyszkom. Dawno już odkryto, że kiedy zbieraczka odnajdzie źródło obfitego pożytku i odfrunie, wkrótce zjawią się tam następne pszczoły, ale dopiero austriacki biolog i zoolog Karl von Frisch (1886-1982) odkrył mechanizm tego zjawiska. Frisch prowadził długotrwałe obserwacje znakowanych owadów i dowiódł, że zbieraczka „opowiada” innym pszczołom o znalezisku… tańcząc na plastrze! Taniec ten polega na wykonywaniu ósemek i wywijaniu przy tym odwłokiem. Tancerka w pewnym momencie robi zwrot i drepcze po linii prostej do punktu początkowego, gdzie ma zatoczyć drugie półkole – w ten sposób przekazuje dane o odległości: im dalej do miejsca pożytku, tym dłużej biegnie po linii prostej i częściej porusza odwłokiem. Z kolei przyjęcie odpowiedniej pozycji jej ciała na plastrze wskazuje na kierunek, w którym zwerbowane pszczoły mają się udać względem położenia słońca: Jeżeli należy lecieć pod słońce, pszczoła porusza się ku górze, gdy zaś trzeba udać się w przeciwną stronę, będzie przesuwać się w dół; jeśli należy skierować się w prawo od promieni słonecznych, jej przebieg po linii prostej skieruje się odpowiednio w prawo, a kąt odchylenia równać się będzie kątowi między kierunkiem promieni słonecznych a kierunkiem lotu. Ukończywszy tę czynność tancerka powraca do źródła, o którym „opowiedziała” pozostałym, albo gdzie indziej werbuje następne robotnice. Nierzadko zdarza się, że jeszcze nie ukończyła tańca, a zwerbowana przez nią zbieraczka już udała się na wskazane miejsce.
 
Schemat ukazujący, jak informacja o odległości i kierunku do źródła pożytku odzwierciedla się w tańcu pszczoły na plastrze
Liczne doświadczenia dowiodły, że pszczoła przygotowująca się do roli zbieraczki odbywa najpierw lot orientacyjny, starając się zapamiętać szczegóły okolicy. Zarejestrowane wówczas barwy, kształty i zapach zapisują się trwale w jej pamięci.

Czy w świetle powyższych faktów mamy prawo mówić, że w rodzinie pszczelej działa jakiś czynnik rozumowy? Maeterlinck wierzył w istnienie „ducha ula”, swego rodzaju rozproszonej inteligencji. Francuski naukowiec Gaston Bonnier (1853-1922) mówił z kolei o „rozsądku zbiorowym”. Wnioski swoje wysunął na podstawie obserwacji: pewnego razu włożył do ula ramkę z plastrem składającym się z kawałków woszczyny obwiązanych sznurkiem dla zabezpieczenia jej przed wypadnięciem. Zauważył, że robotnice natychmiast podjęły się naprawy plastra. Połączyły poszczególne kawałki, a kiedy scalony plaster mocno już trzymał się ramki, rozgryzły wreszcie drażniący je sznurek i wyrzuciły go z ula, jak gdyby nastał moment, w którym „uznały” czy „zrozumiały”, że sznurek nie jest im do niczego potrzebny.


Mówi się, że w zachowaniach pszczół zaznacza się doniosła rola instynktu. Co jednak rozumieć pod tym pojęciem? Żyjący w III w. p.n.e. filozof stoicki Chryzyp twierdził, że zwierzęta mają uczucia, wrażenia, wyobrażenia i popędy, ale brak im rozumu. Ich zachowania pozostają stereotypowe, powtarzalne, biorą się z popędu nakazującego kierować się ku przyjemności i unikać rzeczy szkodliwych. Stoicy określali ten popęd słowem hormé (łac. instinctus). Z kolei w średniowieczu scholastycy posługiwali się zbliżonym pojęciem appetitus naturalis, tj. nieświadomego dążenia do pożytecznego stanu zgodnego z naturą, lecz pozbawionego rozumowania. Conwy Lloyd Morgan (1852-1936) - angielski psycholog, filozof i zoolog, działania instynktowe traktował jako czynności ustalone z góry, ale jednocześnie celowe, ułatwiające podtrzymanie gatunku; i choć są powtarzalne, zwierzę może je modyfikować w wyniku uczenia się. Na celowość kładł nacisk także psycholog William McDougall (1871-1938) wskazując na wrodzone tendencje do kierowania się ku naturalnym celom, służącym zaspokojeniu potrzeb. Tendencje te określał mianem siły popędowej.

Charles Darwin (1809-1882) zauważył, że instynkt tworzy się dzięki doborowi naturalnemu, a zachowanie wynika z budowy układu nerwowego. Współcześnie popularny jest pogląd, że u zwierząt nie znajdujemy właściwie „instynktu” ani „rozumu”. Po prostu w toku ich ewolucji rozwinęły się narządy zmysłowe o dobrze dostosowanych sprawnościach, „tym zaś sprawnościom podporządkowane są funkcje, które wytworzyły się według tych samych prawideł”. W ramach owych funkcji i w tym samym środowisku gatunki tworzą specyficzne wzory postępowania. Zachowania zwierząt można rozłożyć na bardziej elementarne składniki - odziedziczone koordynacje, te zaś wynikają z uwarunkowań genetycznych i są dziedziczone według takich samych zasad, jak inne cechy gatunkowe, np. budowa ciała. Gdzie natomiast w grę wchodzi proces uczenia się osobnika, tam istnieją z góry ustalone granice: im dalej są postawione, tym większa indywidualizacja zachowań.


Charles Darwin (1809-1882)
Współczesna nauka pozostaje zorientowana na przyczynowe wyjaśnianie życia, na poznanie jego molekularnych podstaw i praktyczne wykorzystywanie tej wiedzy – z tej perspektywy bezużyteczne jest doszukiwanie się „duszy” czy „umysłu” u zwierząt, jako czynnika nieredukowalnego do zjawisk biochemicznych. Jednak z drugiej strony kategoria użyteczności niekoniecznie musi decydować o ocenie zagadnienia. Nikt wreszcie nie zabrania przypisywać zwierzętom, przynajmniej w stopniu zalążkowym, tych cech duchowych, które sami posiadamy i co do których upewniamy się drogą introspekcji.

Rudolf Steiner i pszczoły

Niektórzy myśliciele dostrzegali w społeczeństwie pszczół coś więcej niż naukowcy zorientowani materialistycznie. Tak było w przypadku twórcy antropozofii, austriackiego filozofa Rudolfa Steinera (1861-1925). Ten wszechstronnie wykształcony humanista uznawał istnienie reinkarnacji i do dzisiaj pozostaje ważnym myślicielem w ruchu ezoterycznym. W drugiej połowie życia Steiner podróżował po Europie z wykładami poświęconymi duchowości, sztuce, edukacji oraz rolnictwu. W dorobku tym nie mogło oczywiście zabraknąć omówienia zagadnienia pszczół. W listopadzie i grudniu 1923 r. Steiner miał na ten temat osiem wystąpień, których treść zebrano w książce pt. Tajemnice pszczół. W jego wykładach pobrzmiewa przekonanie o istnieniu mądrości objawiającej się w przyrodzie. Uważał, że w naturze każdemu niedoborowi towarzyszy przeciwna siła. Jeśli więc gdzieś utrzymywane są pasieki, także okoliczne drzewa owocowe i pozostałe rośliny lepiej rozwijają się w tych miejscach: „Gdy (…) pszczoły zbierają miód z roślin, to przyroda nie zostaje zubożona, lecz wytwarza więcej takich owocujących roślin. Tak więc człowiek ma coś nie tylko z miodu, który dają pszczoły, lecz zostaje mu też dane coś od roślin, które są odwiedzane przez pszczoły. Jest to prawo, w które można naprawdę dobrze wejrzeć, i jest to ważne”. A zatem pszczoły nie tylko coś od przyrody biorą, ale też same dają jej możliwość rozwijania się. Obserwacja owadów umożliwia nam wgląd w samą naturę: Steiner wierzył, że w budowie ula i w zachowaniu jego mieszkańców zaznacza się wyraźne działanie rozumu.


Rudolf Steiner (1861-1925)
Pszczelarstwo było dla niego rzemiosłem pięknym i pożytecznym; uważał, że miód bardzo korzystnie wpływa na człowieka, na jego „wytrzymałość i cielesne ukształtowanie” (dlatego zalecał go zwłaszcza osobom starszym). Zwracał uwagę na znaczenie relacji między człowiekiem a stworzeniami będącymi pod jego opieką: „Jeśli jest to oddziaływanie pozytywne, mówi się, że człowiek ma szczęśliwą rękę do kwiatów czy zwierząt […]. To, co człowieka poznaje lub nie, to nie poszczególne pszczoły, lecz cała rodzina pszczela, która nie jest tylko zbiorem jednostek, lecz stanowi pewną całość, coś jakościowo innego niż zbiór osobników”. Nie dziwiły go opowieści starych Bawarczyków z początków XX wieku o więzi pszczelarza z pszczołami: „Mówi się, że […] jego śmierć musi od razu zostać obwieszczona pszczelej rodzinie. Gdy ta wieść nie dociera, to całe roje umierają w ciągu następnego roku”. Gdy współcześnie zmagamy się ze zjawiskiem masowego wymierania pszczół, niemal za prorocze powinniśmy uznać przestrogi Steinera z 1923 roku; zachęcał wtedy słuchaczy do zerwania ze sztuczną, mechaniczną ingerencją w procesy przyrodnicze i do nieprzedkładania krótkotrwałych korzyści nad całość przedsięwzięcia, albowiem w przeciwnym razie „za sto lat” (!) hodowla pszczół może zaniknąć całkowicie.

Henri Bergson o błonkoskrzydłych i życiu społecznym

Dziś nieco zapomniany, w pierwszych dekadach XX wieku Henri Bergson (1859-1941) był jednym z najbardziej znanych filozofów. Jako czołowy myśliciel epoki modernizmu, laureat Literackiej Nagrody Nobla w 1927 r., autor błyskotliwych myśli na temat czasu i zwolennik intuicyjnego, jakościowego (a nie ilościowego) pojmowania rzeczywistości, Bergson odcisnął duże piętno na kulturze europejskiej. Jego filozofia kruszyła dogmatyczne mury i ograniczenia epoki zachłyśniętej cywilizacją techniczną: podważała materializm i determinizm, redukcjonizm i mechanicyzm, w ewolucji świata organicznego odkrywała działanie pędu witalnego (élan vital). W socjologii obok typowo społecznych funkcji religii i moralności wyróżniała i rehabilitowała przeżycie duchowe mistyków, jako doświadczenie kontaktu z twórczym źródłem bytu. Bergson dowodził, że działanie umysłu analitycznego, którym posługujemy się w życiu codziennym i nauce, nastawione jest na praktyczną obecność w świecie, a nie na poznanie bezinteresowne; w rezultacie intelekt błądzi, starając się sztucznie rozcinać rzeczywistość na części, by następnie z tych elementów na nowo rekonstruować ją pojęciowo. Nie analiza, lecz intuicja daje więc wgląd w prawdziwą rzeczywistość, pozwala wejść z nią w bezpośredni kontakt. W bezinteresownym akcie intuicji odkrywamy dynamiczność i zmienność świata, gdzie ruch stanowi coś pierwotnego, a przeżywany czas nie jest tożsamy z abstrakcyjnym, podzielnym czasem fizyków. Podobnie też bogactwa życia psychicznego nie da się, zdaniem Bergsona, sprowadzić do liczb czy wymiarów. Metafizyka, usunięta przez naukę drugiej połowy XIX wieku na margines, na nowo powracała w bergsonizmie.
Henri Bergson (1859-1941)

W rozważaniach filozofa, wyłożonych m.in. w Ewolucji twórczej (1907) i Dwóch źródłach moralności i religii (1932), pojawia się wątek społeczeństw owadów z rzędu błonkoskrzydłych, do których zaliczają się pszczoły. Wątek ten jest istotny w uchwyceniu roli instynktu w przyrodzie, a jak dalej zobaczymy, stanowi też ważny punkt w dyskusji o społeczeństwie ludzi.

Bergson zwykł porównywać ruch ewolucyjny do wybuchu granatu, który rozsadza się na kawałki, a te same rozpadają się na kolejne fragmenty. Życie tak pojmowane to nieustająca wynalazczość, dążenie do działania na materię i wysiłek zmierzający do włączenia największej dowolności „do zastanych konieczności sił fizycznych”. Ważnym pojęciem jest tu élan vital – przenikający materię pęd witalny, który przechodzi przez różnicujące się nieskończenie linie ewolucji. Przystosowanie nie jest tylko automatycznym wykluczeniem osobników niedostosowanych, ale przede wszystkim odpowiedzią samego życia na trudności stawiane przez środowisko. W swoim myśleniu o przyrodzie filozof wykraczał poza mechaniczną przyczynowość i antropomorficzną celowość: nie znajdziemy w przyrodzie realizacji jakiegoś wzoru ustalonego z góry, ponieważ przyszłość nie jest odgórnie zaplanowana. Gdyby tak było, każda kolejna chwila rozwijałaby tylko gotowy scenariusz i w takim świecie nie byłoby wolności. Bergson uważał, że rzeczywistość jest twórcza, wytwarza skutki, w których sama siebie rozszerza i prześciga.

Według autora Ewolucji twórczej u zarania życia na Ziemi istniały dwie przenikające się formy życiowej aktywności: instynkt i inteligencja. Aby się rozwinąć musiały się zróżnicować. Celem obydwu jest wykorzystywanie narzędzi, skuteczne oddziaływanie na bezwładną materię. Jeśli chodzi o instynkt, narzędziami są niezmienne organy stworzone przez samą naturę. Gdy idzie o inteligencję, tutaj narzędzia są wynajdywane i modyfikowane. Rozwój tych aktywności osiągnął pełnię na końcu dwóch linii ewolucyjnych zwierząt: u stawonogów i kręgowców. „Przy końcu pierwszej linii jest instynkt owadów, a zwłaszcza błonkoskrzydłych, u kresu drugiej znajduje się inteligencja ludzka”. I co ważne, w obu tych miejscach życie zwróciło się ku formom społecznym: w przypadku instynktu najpełniej spełniło się to w ulu i mrowisku, w przypadku inteligencji – w społeczeństwach ludzkich.

Pierwotna dążność rozdzieliła się zatem na instynkt i inteligencję, ale Bergson dychotomię tę łagodził; uważał, że inteligencja posiada pewną otoczkę instynktu, a w instynkcie są przebłyski inteligencji. Ta obserwacja skłaniała do wniosku, że również w społeczeństwie ludzi istnieje naturalne dążenie do porządku i trwałości, tak typowe dla organizmów rządzonych instynktem. Nie ma społeczeństwa bez koordynacji i podporządkowania jednych elementów drugim. U pszczół poszczególne jednostki po prostu żyją zgodnie z tymi regułami – narzuconymi z góry i koniecznymi; u ludzi konieczna jest sama obecność reguł, spisanych jako prawa, którym towarzyszy powinność odczuwana przez jednostki. Społeczeństwo pszczół pozostaje względnie stałe, a charakterystyczna budowa ich organizmów powoduje, że osobnik jest nieodłącznie związany z wykonywaną przez siebie funkcją. Z kolei u ludzi organizacja społeczeństwa podlega zmianie.

Bergson uważał, że więź jednocząca pszczoły przypomina więzi utrzymujące i porządkujące komórki organizmu - poszczególne elementy wydają się tu istnieć dla całości. Społeczeństwo owadów jest więc głównie nastawione na porządek. Z drugiej strony mamy społeczeństwo ludzi, które daje swoim członkom duże możliwości wyboru i nastawione jest na postęp. Ale i ludziom potrzeba bezpieczeństwa oraz trwałości. Regularne rezultaty, osiągane przez pszczoły dzięki instynktowi, ludzie uzyskują przez nacisk powinności moralnych na jednostkę – jest to typ moralności, który tworzy społeczeństwo zamknięte, gdzie naturalne powinności zobowiązują człowieka wobec jego własnej grupy, ale już nie wobec całej ludzkości. Społeczeństwo zamknięte opiera się na systemie nakazów narzucanych przez bezosobowe wymagania społeczne, a zwartość wynika tu z konieczności obrony własnej zbiorowości przed innymi. I rzeczywiście, jako ludzie najpierw kochamy rodzinę, potem w toku socjalizacji uczymy się miłować ojczyznę, ale ludzkość już niekoniecznie. Pierwsze dwa uczucia zakładają wybór, a więc jednocześnie pewne wykluczenie: dlatego dopuszczają walkę, nienawiść, wojny. Dopiero trzecie uczucie – miłości do wszystkich ludzi, równa się miłości czystej. I tutaj wskazuje filozof, że obok pierwotnych i statycznych form moralności i religii, służących jedynie podtrzymywaniu struktur społecznych, istnieją u ludzi także moralność i religia otwarte, dynamiczne. To one pozwalają człowiekowi przekroczyć jego naturalne ograniczenia: „Aspekt statyczny moralności byłby stanem podintelektualnym, a stan dynamiczny – nadintelektualnym. Pierwszy stan był zamierzony przez naturę, drugi jest wkładem geniuszu ludzkiego. Tamten [pierwszy] charakteryzuje zespół przyzwyczajeń, które u człowieka odpowiadają symetrycznie pewnym instynktom zwierzęcia: jest on czymś niższym niż inteligencja. Ten zaś jest dążeniem, intuicją i emocją: można go będzie ująć w idee, które będą jego intelektualnym zapisem i które w swoich szczegółach będą się ciągnąć w nieskończoność; a więc zawiera on wszelką możliwą intelektualność […]”. Ten drugi rodzaj moralności umożliwia zatem otwarcie się na wszystkich ludzi, tworzą go wielcy przywódcy duchowi ludzkości: założyciele i reformatorzy religii, święci i mistycy, ale także spotkani w naszym życiu „tajemniczy bohaterowie życia moralnego”, których dobroć wzbudza w nas podziw. Mistycyzm pozwala przekroczyć granice wyznaczone naszemu gatunkowi przez materialność - mistyk łączy się częściowo z wysiłkiem stwórczym będącym samym Bogiem lub od Boga pochodzącym. Zdaniem Bergsona dynamiczna moralność jest zespołem wyzwań, przekazanych naszemu sumieniu przez osoby reprezentujące najlepszą cząstkę ludzkości. Ich życie jest dla nas „wezwaniem, porywem, ruchem, zmiennością”. Nie nauczymy się kochać ludzkości za sprawą bezosobowych przyzwyczajeń, bowiem wyższa moralność wciela się tylko w uprzywilejowaną osobowość – w człowieka, który nie chce pozostawać w granicach grupy i poprzestać na solidarności ustanowionej przez naturę, czuje się bowiem „spokrewniony z wszystkimi duszami”. W zamkniętym społeczeństwie i statycznej religii wystarczy po prostu, że członkowie społeczeństwa przestrzegają prawa i wykonują powierzone im zadania, spełniają kult religijny i szanują tradycję. Aby móc realizować moralność dynamiczną potrzeba czegoś więcej - wysiłku, duchowej więzi z naśladowanym modelem. Pociągani przykładem wielkich ludzi, „dołączamy do nich jakby do armii zdobywców. I są to rzeczywiście zdobywcy; złamali opór natury, wynieśli ludzkość ku nowym przeznaczeniom”. To dlatego wielcy mistycy mawiali, że odczuwają jak gdyby „prąd”, który biegnie z ich dusz ku Bogu i powraca stamtąd ku rodzajowi ludzkiemu. Miłość, która pochłania mistyka, „nie jest już po prostu miłością człowieka do Boga, lecz miłością Boga do wszystkich ludzi”.

Próba oceny

Przedstawione wyżej stanowiska światopoglądowe oraz rozbieżne wnioski, do których ich zwolennicy dochodzili, odkrywają szerokie możliwości interpretacji fenomenów przyrodniczych, a przez fakt, że i my stanowimy część przyrody, pozwalają nam odkryć prawdę o nas samych. Nierzadko to od osobistej postawy myśliciela zależy ocena doniosłości faktu, że ewolucja niektórych gatunków umożliwiła poszczególnym osobnikom kooperację w społeczeństwie. Przyglądając się tym ocenom, zawsze odnajdziemy w nich odbicie czasów, w których żyli ich twórcy, dominujące idee odzwierciedlają się bowiem w sposobie rozumienia rzeczywistości. Było tak na pewno z Bergsonem, który na początku XX stulecia reprezentował modernistyczne pragnienie przekroczenia sztywnych barier poznawczych, postawionych wcześniej przez pozytywistyczną naukę. Również współczesne trendy, odmawiające prawa do doszukiwania się w przyrodzie działania twórczego umysłu i wskazujące na bezcelowość takich prób, zasługują na uwagę, ponieważ odzwierciedlają kolejny etap w niekończącej się historii idei. Nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, ale niezmienny pozostanie podziw, z jakim obserwować będziemy przyrodę i jej twory.


Marcin Stachelski

Bibliografia:


Bergson Henri, Dwa źródła moralności i religii, Kraków 2007
Bergson Henri, Ewolucja twórcza, Warszawa 1912
Kołakowski Leszek, Bergson, Warszawa 1997
Lewandowska Cecylia, W świecie pszczół, Warszawa 1951
Maeterlinck Maurice, Życie pszczół, Warszawa 1988
Roman Adam, Podstawy pszczelarstwa, Wrocław 2006
Steiner Rudolf, Tajemnice Pszczół, Gdynia 2015
Tembrock Günter, Podstawy psychologii zwierząt, Warszawa 1971
Wigglesworth Vincent Brian, Życie owadów, Warszawa 1977


Zobacz:

* Niesamowite pszczoły (duch w przyrodzie? - cz. 1.

Niesamowite pszczoły (duch w przyrodzie?) - cz. 1.

Zimą dni są krótkie, a przyroda wydaje się uśpiona. Może popijamy wtedy herbatę z miodem, ale czy zastanawiamy się, co robią istoty, którym ten ostatni zawdzięczamy? Czy poginęły z pierwszym przymrozkiem, jak wiele innych owadów? Otóż nie. W przeciwieństwie do swoich krewniaków trzmieli oraz os, społeczności pszczół nie rozpadają się wraz z nadejściem jesieni. Poza ulem zimno, ale one - skupione w ciepłym kłębie wokół matki - biją skrzydełkami i posilają się zmagazynowanym zawczasu miodem; a kiedy wiosną otworzą się kielichy kwiatów, nad ziemią ponownie słychać będzie brzęczenie błoniastych skrzydełek zbieraczek. Pszczoły wykonują tak wiele złożonych czynności, organizują życie społeczne z tak niezrównaną precyzją, że nie powinno nas dziwić, iż uczeni i filozofowie poddawali je obserwacji i nierzadko wyprowadzali stąd metafizyczne wnioski.

Nieco historii

Pojawiły się na świecie około 140 milionów lat temu razem z pierwszymi roślinami owadopylnymi. Najstarsze zachowane bursztyny z zatopionymi pszczołami mają 96 mln lat, a więc pochodzą z czasów, gdy po świecie stąpały dinozaury, na długo przed wyewoluowaniem gatunku ludzkiego. Początkowo człowiek w kontakcie z nimi ograniczał się do rabowania miodu, ale z czasem zauważył, że roje osiadają w starych koszach i to zainspirowało go do budowy pierwszych, prymitywnych uli: w Egipcie były to garnki, w Europie kosze słomiane, w Indiach sklecone kije bambusowe. W antyku panowały zupełnie fantastyczne poglądy na pochodzenie pszczół. W Egipcie wierzono, że rodzą się samoistnie z padliny zwierząt. Innych mierziła ta idea, dlatego skłaniali się ku poetyckiej wizji owadów zabierających zarodki swych sióstr z kwiatów i znoszących je w koszyczkach do ula. Wśród antycznych społeczeństw największą wiedzę o tych stworzeniach zgromadzili Grecy. Nazywali je córkami Arysteusza – boga opiekującego się rolnikami i hodowcami zwierząt, syna Apollona. O pszczołach pisał Arystoteles w swojej Historii naturalnej zwierząt, a Arystomachus ich badaniom poświęcił aż 58 lat! Rzymianie korzystali z doświadczenia Greków, ale wraz z upadkiem Rzymu w V w. n.e. przepadło też wiele cennej wiedzy.


Jan Swammerdam (1637-1680)

Trzeba było czekać aż do XVII wieku, by holenderski naukowiec Jan Swammerdam (1637-1680) użył mikroskopu i ostatecznie potwierdził, że pszczoły znajdują się pod władzą samicy - królowej. Wprawdzie już w starożytności wiedział o tym Ksenofont, ale fakt ten zapomniano i przez stulecia powtarzano za Arystotelesem absurdalny pogląd, jakoby ulem władał basileus – król (Pliniusz na jego głowie dopatrywał się nawet korony!).

W późniejszych wiekach coraz więcej przyrodników systematycznie obserwowało pszczoły, a siłę tej pasji najdobitniej pokazuje pochodzący z Genewy Franciszek Huber (1750-1831), autor Nowych obserwacji na temat pszczół. Ten cierpliwy i wytrwały badacz był niewidomy od dzieciństwa, ale pomagał mu przyjaciel nazwiskiem Burnens. Znany literat, a także wielki miłośnik pszczół, Maurice Maeterlinck (1862-1949) bardzo poetycko podsumował pracę tej dwójki: „W rocznikach cierpień i zwycięstw ludzkich nie ma może przypadku bardziej wzruszającego i dającego więcej otuchy […]. Jeden nie dostrzegał innego światła nad jasnotę ducha, drugi korzystając ze światła realnego kierował rękami i myślą tamtego, który – jak powiadają – nie widział nigdy plastra miodu”. Jednakże tytuł Ojca Współczesnego Pszczelarstwa nie przypadł Holendrowi ani Szwajcarowi, lecz Polakowi ze Śląska – ks. Janowi Dzierżonowi (1811-1906), odkrywcy dzieworództwa u matki pszczelej (niezapłodniona składa jajka, z których powstają trutnie) i twórcy ula w ruchomych ramkach.

Pracowite życie

Ul zamieszkuje kilkadziesiąt tysięcy pszczół. Zdecydowanie dominują w nim robotnice, natomiast trutnie stanowią zwykle nie więcej niż 5% mieszkańców i przebywają w nim czasowo. Wszystkie te istoty są dziećmi jednej matki. Gdybyśmy mogli zmniejszyć się do rozmiaru pszczoły i stanąć u wejścia do ula, naraz natrafilibyśmy na przeszkodę, ponieważ pilnuje go grupka strażniczek. Stoją lub spacerują po mostku, kontrolują wchodzących i wychodzących, odpędzają napastników i ciekawskich. Tymczasem pszczoła zbieraczka pobiera nieco miodu z komórki magazynowej (co daje jej siłę do lotu), przechodzi między ruchliwymi ciałami swych towarzyszek i wylatuje na zewnątrz na poszukiwanie pożytku. Budowa jej pokrytego włoskami ciała została przystosowana do wykonywanych zadań: zaopatrzona jest w specjalny aparat do czyszczenia czułków, a na odnóżach posiada koszyczek do gromadzenia pyłku. Po pewnym czasie zbieraczka powraca, a strażniczki dokładnie sprawdzają ją czułkami. Rozpoznana po znajomym zapachu, może wejść do środka. Zimą, gdy nie szuka się pyłku i nektaru w polu, robotnica żyje kilka miesięcy, ale wiosną i latem życie zbieraczki trwa zaledwie 35 dni i upływa na ciągłej pracy (w przeciwieństwie do leniwych trutni i matki, która dożywa 4-5 lat).
 
Mieszkańcy ula. Od lewej: robotnica, matka, truteń


Obok zbieraczek i strażniczek, w ulu obecne są także wentylatorki chroniące go biciem skrzydełek przed przegrzaniem lub zimnem; nieocenioną rolę odgrywają też woszczarki i murarki wznoszące plastry - ich praca jest prawdziwym wzorem ładu i precyzji, a możliwa jest m.in. dzięki twardym żuwaczkom, wykorzystywanym przez pszczołę jak dłuto i nożyce. W naturalnych warunkach robotnice wznoszą kilka – kilkanaście pionowych plastrów, a każdy składa się z dwóch warstw regularnych, sześciokątnych komórek zwróconych do siebie podstawą. Prace budowlane odbywają się w zupełnych ciemnościach, a wykorzystywanym surowcem są grudki wosku uformowane z łuseczek wytwarzanych przez specjalne gruczoły. Po skończonej budowie plastry dzieli odległość umożliwiająca swobodne mijanie się robotnic, a uliczki i przejścia zapewniają sprawną komunikację i odpowiedni obieg powietrza.

Wielkość komórek pszczelich zależy od ich przeznaczenia: znajdziemy więc w ulu duże i wyjątkowe (bo okrągłe) pomieszczenia królewskie - tzw. mateczniki, wydłużone komórki dla trutni i oczywiście mniejsze komórki robocze, zajmujące 4/5 powierzchni gniazda. Obok komórek przeznaczonych do rozwoju czerwia (larw i poczwarek), bardzo pokaźną powierzchnię plastrów pokrywają komórki magazynowe. Będąc pod wrażeniem doskonałości komórki pszczelej (sześciobocznego graniastosłupa), żyjący w XVIII stuleciu fizyk i pionier entomologii René Réaumur (1683-1757) zaproponował, aby wziąć ją za stałą jednostkę dla dziesiętnego systemu miar. Pomysł wprawdzie nie przyjął się, ale nie zmienia to faktu, że taki kształt jest rozwiązaniem najdoskonalszym, gdyż jakakolwiek inna forma nie pozwalałaby pszczołom zaoszczędzić tak wiele przestrzeni i surowca przy tak dużej przestrzeni magazynowej.

Budowa plastrów jest złożonym procesem, ale wiele wysiłku wymaga też gromadzenie zapasów. Pszczoły dbają, by trafiając do komórek miód był dojrzały i nie nazbyt wodnisty. „Furtianki” zasklepiają wieczka tych pomieszczeń czystym woskiem, tworząc szczelną powłokę, która nie pozwala ulec zepsuciu zawartości. Inaczej pracują pszczoły zaszywające komórki z rozwijającym się czerwiem – tu wieczka składają są z porowatej mieszanki wosku i pyłku, przepuszczającej świeże powietrze.

W rodzinie pszczelej nie zabrakło również ,,zamiataczek” oraz robotnic usuwających z ula zwłoki i inne nieczystości. Cóż jednak stanie się, gdy do środka wkradnie się większy szkodnik (np. mysz) i zginie zażądlony, a jego rozmiar nie pozwala wypchnąć go na zewnątrz? Nieraz zdarza się, że robotnice budują szczelny sarkofag z kitu, a wewnątrz znajdują się zwłoki intruza. Kształt ten przypomina narośl i chroni ul przed zanieczyszczeniem i brzydkim zapachem.

Badacze zauważyli, że funkcje pełnione przez robotnicę zależą od jej wieku: młodziutka pszczoła rozpoczyna pracę od czyszczenia komórek, a później opiekuje się larwami; następnymi etapami są kolejno: budowa plastrów, odbieranie nektaru i gromadzenie pożytku. Dopiero w dalszej kolejności pszczoła obejmuje stanowisko na warcie. Ostatnim etapem jej życia jest zbieranie nektaru, pyłku i spadzi. Jasno połyskujące skrzydełka zbieraczki trzepocą energicznie ok. 190 razy na sekundę, ale czas biegnie nieubłaganie – skrzydełka stopniowo nabierają poblasku tęczowego od słońca, wystrzępiają się i starsza pszczoła z coraz większym trudem leci do kwiatów. Zdarza się, że w drodze powrotnej nie może już donieść łupu. Możemy wtedy ujrzeć ją biegającą po ziemi, zdezorientowaną i pełną niepokoju. Dla pszczelego miasta lepiej jest, gdy umiera samotnie.

Matka i trutnie

Między pszczołami wędrującymi po plastrze rzucają się w oczy osobniki wyraźnie większe, nieco ociężałe, mające duże oczy i gruby, kusy odwłok wystający poza linie skrzydełek. Są to trutnie - jedyne samce w ulu. Pojawiają się wiosną. Krótki języczek i brak odpowiednich przystosowań organizmu nie pozwala im pracować jako zbieracze, nie nadają się też do wypacania wosku ani do prac budowlanych. Właściwie jedynym ich zajęciem jest konsumpcja miodu, a zjadają go trzy razy więcej niż robotnice. Dwa czynniki żądzą egzystencją trutnia: głód i popęd płciowy. Kiedy jest ciepło i świeci słońce, unoszą się grupkami niedaleko ula, w którym mieszka młoda matka. Gdy pewnego dnia matka wylatuje na zewnątrz, żeby odbyć tzw. „lot weselny”, trutnie zauważają to i podążają za nią, unosząc się wysoko w powietrzu. Tam dochodzi do spotkania z jednym z nich. Wybraniec ginie w trakcie kopulacji, a zapłodniona matka powraca do ula i przystępuje do składania jajek.

Gdy lato się kończy, kres przychodzi także na beztroskie, żarłoczne trutnie. Robotnice przestają je karmić, wartownice nie wpuszczają już do ula. Wrogość wzrasta z każdym dniem, mimo że jeszcze niedawno samce bezpiecznie przechadzały się po plastrach. W końcu robotnice wypędzają osłabione z głodu trutnie, te zaś nie mają siły ani nawet możliwości (brak żądła), by się bronić. Wyrzutkowie giną na zewnątrz z zimna i głodu.

 
Matka pszczół wśród robotnic

Tymczasem matka aż do pierwszych przymrozków składa jajka. Poznać ją można po bardzo długim odwłoku. Wędruje powoli po plastrze, wynajduje puste komórki i wypełnia je jajkami. Jest nieustannie karmiona i głaskana przez usługujące jej pszczoły i jako jedyna mieszkanka ula może oddawać kał na plastrze (zjadany przez robotnice); kiedy zaś składa jajko, otacza ją pierścień pszczół, które nigdy nie odwracają się do niej tyłem i ustępują jej z drogi. Dawniej obserwatorom skłonnym do antropomorfizacji przyrody, zjawisko to przywodziło na myśl ceremoniał dworski i dopatrywali się w nim ogromnego szacunku pszczół do swojej królowej. Dziś wiemy, że całkowite oddanie „dwórek” służy po prostu dbałości o „produktywność” matki, niemniej zdolność do poświęcania się dla jej dobra ciągle zdumiewa. Przekonał się o tym Maeterlinck, który czasami sprowadzał matki rasy włoskiej, aby zwiększyć efektywność pracy w pasiece. Oto, co zauważył: „Przesyłki idą zawsze w małych pudełeczkach posiadających otworki. Wkładają w nie trochę żywności i umieszczają w środku królową oraz pewną liczbę robotnic […] dla opiekowania się nią i żywienia w czasie podróży. […] Bardzo często po nadejściu przesyłki większość pszczół była martwa. Razu jednego wszystkie nawet zginęły z głodu, ale i w tym wypadku królowa doszła żywa i silna, gdyż ostatnia z robotnic jeszcze przed samą śmiercią nakarmiła ją ostatnią kroplą miodu, przechowywaną w woreczku pod żołądkiem”. 


Zobacz:

sobota, 20 maja 2017

Chwilowa poprawa i odejście umierającego (Chico Xavier - ,,Posłańcy")

"Posłańcy" to drugi tom z serii książek spisanych psychograficznie przez brazylijskie medium Chico Xaviera (pierwsza część cyklu to "Nasz Dom"). Autorem przekazów jest duch lekarza Andre Luiza, który opisuje swoje perypetie w świecie duchów i ukazuje powiązania między światem fizycznym i zaświatami tak, jak wyglądają z perspektywy nieśmiertelnego ducha.

Poniżej przedstawiam fragment, który pokazuje, jak ze spirytystycznej perspektywy przedstawia się przejście umierającego człowieka do innej rzeczywistości.

W swojej zbeletryzowanej historii Andre Luiz opisuje scenę odgrywającą się w pomieszczeniu szpitalnym, gdzie towarzyszą mu jego duchowy przewodnik Anicet i przyjaciel Vicente. Zebrani są świadkami agonii umierającego, którego otacza rodzina oraz duch matki.

Fragment w tłumaczeniu Moniki Choszcz.

------------------------------

Wtedy dwa duchy znajdujące się w pokoju, skinęły do nas na powitanie i przybliżyły się do naszego nauczyciela, prosząc o bardziej energiczną współpracę.
– Drogi bracie, bardzo cię proszę – powiedział duch matki umierającego – pomóż nam zabrać mojego biednego syna z tego wyczerpanego ciała. Od wielu godzin czekamy na kogoś, kto nas wesprze w tej udręce. Starałam się go pocieszyć, ale na próżno! – dodała szlachetna kobieta ze smutkiem. – On wciąż przebywa w stanie strasznego, bolesnego niezrozumienia. Jest całkowicie uwięziony w odczuciach fizycznego cierpienia, ponieważ w czasie swojego życia zaspokajał tylko potrzeby ciała.
Anicet zgodził się z nią i dodał:
– Istotnie, widoczne są spore luki w umyśle umierającego. Widać, że przeżył ludzkie życie posłuszny bardziej instynktom niż rozumowi. Można zaobserwować w jego świecie komórkowym rozległe obszary nieporządku. Możemy mu jednak pomóc uwolnić się z najsilniejszych więzów cielesnego kręgu. 
– To będzie miłosierna przysługa – odpowiedziała poruszona matka.
– Siostro, czy podejmiesz się pokierowania nim? – zapytał, rozumiejąc doniosłość postawionego przed nim zadania. – Musimy to rozważyć, ponieważ za kilka minut nastąpi całkowite uwolnienie.
Matka uczyniła smutny gest i odpowiedziała:
– Pragnęłabym poświęcić się jeszcze trochę dla mojego nieszczęsnego Fernanda, ale otrzymałam tylko pozwolenie, żeby ratować go w jego ostatnich chwilach. Moi przełożeni zapewniają, że mu pomogą, ale poradzili, żeby na jakiś czas pozostawić go samemu sobie. Fernando powinien przemyśleć swoją przeszłość i rozpoznać wartości, które zlekceważył. Łzy i wyrzuty sumienia w samotności oraz skrucha przyniosą spokój jego nierozważnemu duchowi. Ogromnie pragnę przyjąć go w sercu i wspominać dni, które już minęły; nie mogę jednak zaburzyć procesu bożej służby moją matczyną czułością. Fernando istotnie jest synem mojej miłości, jednakże oboje mamy zobowiązania wobec Wiecznej Sprawiedliwości. Jeśli o mnie chodzi, jestem zmęczona pogłębianiem swoich obciążeń. Nie powinnam sprzeciwiać się zamiarom Boga.

Andre Luiz

Wtedy lekarz duchowy, który nas tam przyprowadził, wtrącił się w rozmowę i poinformował uprzejmie:
– Masz rację, droga przyjaciółko. Fernando nie będzie mógł ci towarzyszyć, ale ponieważ twoje matczyne wstawiennictwo było tak wspaniałomyślne, dostałem polecenie, żeby zabrać go do bezpiecznego miejsca w ośrodku ratunkowym. Z cierpienia wyniesie większe korzyści, gdyż będzie pozostawał odizolowany w obszarze wibracji nieosiągalnym dla przestępczych wpływów niskiej natury, choć znajdującym się w niskich rejonach.
– Już wiem – szepnął poważnie Anicet – chodzi o właściwy dobór środków.
Następnie dodał, jak ktoś, kto nie ma czasu do stracenia:
– Rozpacz obecnej tutaj wcielonej rodziny może utrudnić nasze działanie. Znajdujące się przy nim osoby pragną jego wyzdrowienia i emitują magnetyczne wibracje podtrzymujące umierającego.
Istotnie, sieć słabo świecących, szarych nici zdawała się łączyć krewnych z prawie już nieżywym chorym. 
– Taka pomoc – zauważył Anicet – na tym etapie jest już daremna, bo nie przywróci mu równowagi organicznej. Musimy zneutralizować jego siły emitowane wskutek otaczającego go niepokoju i zająć się przede wszystkim spokojem rodziny. 
Anicet przybliżył się jeszcze bardziej do człowieka w agonii i przyjął postawę magnetyzera, po czym polecił: 
– Przystąpmy do modyfikacji obrazu śpiączki.
Po kilku minutach pracy mentora wspomaganego naszą pełną szacunku ciszą usłyszeliśmy wcielonego lekarza, który ogłosił rodzinie umierającego:
– Wygląda na to, że jego stan uległ poprawie. Puls prawie się ustabilizował. Oddech się uspokaja.
Siedzące przy chorym kobiety odetchnęły z ulgą.
– Pani Amando – lekarz wrócił się do żony umierającego – proszę odpocząć i zabrać swoje szwagierki. Pan Fernando jest bardzo spokojny, a cała sytuacja jest dla nas korzystna. Zostanę przy nim, czuwając razem z panem Januáriem.
Kobiety i mężczyźni wyszli zgodnie z sugestią lekarza, dziękując zadowoleni i wzruszeni. W pokoju został tylko lekarz i brat umierającego. Nagłe polepszenie stanu chorego uspokoiło wszystkich. Szare nici łączące chorego z innymi stopniowo zniknęły, nie pozostawiając śladu.
– Otwórzmy okno – powiedział ucieszony lekarz. – Może świeże powietrze przyspieszy powrót naszego przyjaciela do zdrowia.
Za namową lekarza pan Januário szeroko otworzył okno.
Głęboko przerażony zauważyłem, że w oknie pojawiły się nagle trzy straszne istoty o iście demonicznym wyglądzie. Po krótkiej chwili zgodnie zażądały:
– No i jak? Idzie ten Fernando czy nie?
Nikt nie odpowiedział. Zauważyłem jednak, że Anicet spojrzał na nie przenikliwie. Pod wpływem siły jego spojrzenia istoty wycofały się i odeszły.
Po upływie pół godziny lekarz i Januário zaczęli rozmawiać o różnych, prozaicznych sprawach. Z powodu poprawy jego stanu, prawie nie zwracali uwagi na chorego.
Anicet wykorzystał spokojną atmosferę i rozpoczął proces rozłączania ciała duchowego Fernanda od powłoki fizycznej. Zauważyłem, że rozpoczął tę operację od pięt i skończył na głowie, do której umierający był przywiązany grubym sznurem, jak to się zwykle dzieje w przypadku istot wcielających się w świecie ziemskim. Anicet nie bez trudu doprowadził do zerwania połączenia. Ciało Fernanda zadrżało, a wcielony lekarz od razu zwrócił uwagę na reakcję pacjenta. Operacja nie była łatwa ani krótka. Upłynęło kilka minut, w czasie których obserwowałem Aniceta skupiającego całą uwagę i prawdopodobnie całą swą magnetyczną energię.
Rodzina zmarłego, poinformowana przez Januária, wbiegła do pokoju z rozpaczliwym płaczem. 
Matka zmarłego, wspierana przez Aniceta i duchowego lekarza, który nas tu przyprowadził, udzieliła synowi koniecznej pomocy. Po chwili, kiedy ziemska rodzina pochylała się nad zwłokami, zalewając się łzami, niewielka ekspedycja złożona z trzech duchów - dwóch kobiet i lekarza – przybliżyła się do zmarłego i zabrała odcieleśnionego ducha do ośrodka opieki***. Zauważyłem, że wychodząc istoty duchowe nie przemieszczały się w locie, lecz szły jak zwykli śmiertelnicy.

*** specjalne miejsce w zaświatach, gdzie duchy stopniowo odzyskują siły.

Zobacz też:





wtorek, 28 marca 2017

Ankieta dot. miejsc nawiedzonych

Dzień Dobry :)

Zachęcam do wypełnienia ankiety stworzonej przez studentkę III roku Turystyki i Rekreacji na Wydziale Nauk Geograficznych i Geologicznych na UAM w Poznaniu. Jej autorka pracę licencjacką na temat aktywności turystycznej osób zainteresowanych spirytyzmem w aspekcie „miejsc nawiedzonych”. Ankieta ma na celu zbadanie predyspozycji turystycznych Polaków, jeżeli chodzi o „miejsca nawiedzone”. Ankieta jest w pełni anonimowa, a wyniki zostaną upublicznione w formie zbiorczej. Odpowiedź na pytania nie powinna zając więcej niż 5 minut. Ewentualne pytania należy kierować na maila: tysia.szczepaniak@gmail.com

Link do ankiety:
https://docs.google.com/forms/d/e/1FAIpQLScYeMjIXxzDbgMZIgwaFOzACOqgC8sCLQ0wB9naMTKuhqN_4g/viewform